Kresy

Początek obecności szlachty polskiej na Rusi Kijowskiej dała podpisana w 1569 r. w Lublinie unia Korony z Litwą. Wielkie Księstwo Litewskie zostało połączone z Polską unią realną – odrębne były urzędy centralne, skarb i wojsko, wspólny natomiast był monarcha, sejm i polityka zagraniczna. W obrębie Korony znalazło się Podlasie, Wołyń i Kijowszczyzna. Południowo-wschodnią granicę Rzeczypospolitej wyznaczał Dniepr, Kudak był najdalej na południu położoną twierdzą. Ukrainnymi nazywano ziemie leżące “u kraju Rzeczypospolitej”, czyli wielki obszar Naddnieprza i tzw. Dzikie Pola. Jednym z uczestników owego historycznego aktu był protoplasta kompozytora, szlachcic Marcin Szymanowski, sędzia sochaczewski.

Przez dwa przeszło stulecia na ogromnych obszarach przyłączonej Rusi (nie mających sobie równych w Polsce centralnej) powstawały iście królewskie fortuny magnatów ruskich (Wśniowieckich, Ostrogskich, Zasławskich) i polskich, przybyłych z ziem koronnych; z biegiem czasu wygaśli Sobiescy, Koniecpolscy, wzrośli zaś w znaczenie Lubomirscy, Jabłonowscy, Czartoryscy, Tyszkiewicze czy Sanguszkowie, potem przyszli Rzewuscy, Poniatowscy, Potoccy, Braniccy. Włościanom działo się w tych latyfundiach dobrze, znaczna ich część przed końcem XVIII w. została wyzwolona. Pomimo niespokojnych czasów ostatnie trzy dziesiątki lat XVIII stulecia były okresem bardzo intensywnego ruchu osadniczego szlachty polskiej na wschodnich połaciach ziem ruskich. Podnosiła się gospodarka rolna, kwitł handel, magnaci zakładali manufaktury, potem fabryki sukna, fajansów, broni itp.

Jedną z rodzin znamienitych, szeroko rozrodzonych, dobrze skoligaconych tak na ziemiach Korony jak na Ukrainie, byli Rościszewscy. Przez trzy pokolenia posiadali województwie kijowskim znaczne dobra i urzędy. I tak oto w 1777 roku Franciszka, córka Kajetana Rościszewskiego i siostry biskupa Ignacego Krasickiego, Marianny, stanęła na ślubnym kobiercu z mazowieckim szlachcicem Dominikiem Szymanowskim. Z ogromnego majątku Kajetana Rościszewskiego otrzymała położony o 50 km od Kijowa klucz motyżyński.

Dominik Szymanowski, choć może nie tak bogaty, był wszakże szlachcicem rodowitym i karmazynowym. Korwin Szymanowscy herbu Ślepowron należeli do bardzo starych rodów mazowieckich. Nazwisko wywodzi się od wsi Szymany w powiecie szczuczyńskim, w pierwszej połowie XVI w. jej dziedzicem był Mikołaj Szymanowski. Później Szymanowscy osiedli także w województwie rawskim. Członkowie rodu uczestniczyli w życiu publicznym kraju, posłowali na sejmy, sprawowali misje dyplomatyczne, piastowali różne urzędy, pośród nich również senatorskie, zaskarbili sobie opinię gorących patriotów i wzorowych obywateli. Dominik, jedyny z rodziny, opuścił mazowieckie gniazdo i podążył za żoną na Ukrainę, dając początek dziejom pięciu pokoleń ukrainnego odgałęzienia rodziny Szymanowskich, które miał zwieńczyć muzyczny geniusz Karola.

Gdy Karol Szymanowski przyszedł na świat, Rzeczpospolita Obojga Narodów już od blisko stu lat nie istniała, a ziemie kresowe, wcielone do imperium carskiego, były dla Polaków już tylko Ziemiami Zabranymi, Kresami Odłączonymi. Tymoszówka leżała na najbardziej na wschód wysuniętej połaci dawnej Rzeczpospolitej, Rusi południowej, na pograniczu województwa kijowskiego, bracławskiego i Zaporoża. Szymanowski nie był wrażliwy na sienkiewiczowską legendę wojennej i rycerskiej przeszłości tych ziem. Dzieje te, żywe jeszcze w tradycji i osobistej pamięci ludzi z pokolenia jego dziadów, pod koniec XIX w. były już tylko domeną wiedzy historycznej, literatury i poezji. Nie poruszyła także Szymanowskiego ukraińska „ludowość”, nie odcisnęła na nim śladów tamtejsza pieśń ludowa, choć znał ją od dzieciństwa, wykołysały go przecież ukraińskie piastunki.

Zastanawiając się po latach, co stanowiło istotę duchowego „bagażu”, wyniesionego z owej „małej ojczyzny”, kompozytor skonstatował: „Nieraz brak mi Ukrainy, jej słońca, jej dalekich przestrzeni, [...] odczuwałem ją całą duszą, kochałem jej dobroczynny klimat, jej bujność i słodycz.” To prawda, ziemia ukrainna była bogata, płodna, bujna, na czarnoziemnym stepie falowały nieogarnione wzrokiem pola pszenicy, słały się łany prosa, stały wysokie, żółte ściany słoneczników, basztany pyszniły się arbuzami, dyniami, melonami i winogronami, które napełniały powietrze słodkim aromatem.

“Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.”

Ten Mickiewiczowski step przetrwał do 1917 roku, takim widział go i doznawał Karol Szymanowski. Lata były na tamtych ziemiach suche i upalne, jesień długa i ciepła, zima ostra, za to krótka, wiosna nastawała raptownie i nieodwołalnie. Przyroda narzucała bogactwo i intensywność przeżywania.

Ale odrębność przyrody, krajobrazu i klimatu składały się na jeden tylko z charakterystycznych wyznaczników dla kresowych ziem. Głębiej sięgała odrębność i specyfika kultury tego obszaru. Tu bowiem od wieków współistniały różne narodowości, stykały się różne żywioły etniczne, poziomy społeczne, religie i obyczaje. Chłopi – to byli Rusini, szlachta – to Polacy, ale też Rosjanie i zrusyfikowane rody bojarskie, a ponadto prawdziwy konglomerat etniczny: Tatarzy, Kozacy, Ormianie, Niemcy, Żydzi. Handlowali, podróżowali, przenosili obyczaj, tworzyli unikalną enklawę. Warstwy kultur Wschodu i Zachodu nakładały się tu na siebie nie wypierając się wzajemnie, tworzyły bardzo szczególną jedność w rozmaitości. Bizancjum łączyło się tu z Rzymem – w formach życia i myśli, w sztuce i filozofii. Słychać to dobrze w chóralnym śpiewie otwierającym operę Król Roger.

Po odzyskaniu w 1918 r. niepodległości Polski w nowych terytorialnych granicach pojęcie Kresów zmieniło całkowicie swą treść. Teraz oznaczało obszary położone wzdłuż wschodnich granic państwa – prawdziwe Kresy zostały w sowieckiej Rosji wraz z setkami tysięcy kresowiaków. Ci, którzy tak jak rodzina Szymanowskich przyjechali do Polski, pozostawili za sobą wszystko, co dotąd posiadali, skazani zostali na budowanie nowej egzystencji od podstaw. Odróżniali się charakterystycznym kresowym zaśpiewem mowy i im tylko znaną nostalgią szerokiego, niedosiężnego horyzontu. „Co ja tu panu mogę pokazać?” – zastanawiała się Anna Branicka, witając Szymanowskiego w swym zamku Montrésor – Może ma pan ochotę zobaczyć któryś z zamków? Blois, Amboise, Może Chenonceaux, Loches?” Na to Szymanowski, rozejrzawszy się wokół, odrzekł ze spokojem: „ A nie mogłaby mi pani pokazać po prostu dużego pola pszenicy?” Przywitali się jak prawdziwi rodacy „stamtąd”, z Kresów. Gdzie przestrzeń nie ograniczała wzroku, gdzie gorące stepowe słońce dobywało z roślin, kwiatów i owoców oszałamiająco jaskrawe, zmysłowe barwy i wonie, gdzie wiatr niósł swe niepowstrzymane przesłanie wolności.

Dlatego dla Karola jedynym miejscem na świecie, gdzie komponowanie było tak naturalne i oczywiste, jak oddychanie, pozostała na zawsze Tymoszówka. Tylko tu, nigdzie więcej, mógł się „spokojnie, leniwie kąpać w jedynej wartościowej rzeczy – w natchnieniu”. Intuicja poety podsunęła Janowi Lechoniowi najtrafniejsza charakterystykę kresowej duszy kompozytora: „Ile razy byłem na recitalu skrzypcowym i w programie było Źródło Aretuzy, doznawałem zawsze olśnienia wieczną nowością i wstrząsającym, zarazem zmysłowym i mimicznym liryzmem tego utworu. Był w Karolu ów liryzm erotyczny, zarazem wschodni i nasz, jak właśnie nasza kresowa poezja romantyczna, coś tak ludzkiego, że pod tym względem wielki Strawiński nie jest tak wielki jak Karol.”